czwartek, 31 stycznia 2013

Mamy subkonto!

Nawet nie w poniedziałek, ale już dziś :) Wszystkie dane wstawiłam na stronę. 
Kochani, dziękujemy za pomoc i wsparcie. Nie wiem co powiedzieć, nie byłam dotąd w takiej sytuacji.. Do tej pory to ja wspierałam... Czuję ogromną wdzięczność dla wszystkich, którzy chcą nam pomóc w walce o zdrowie Ani. Obiecuję, że Wasze darowizny będą mądrze wydatkowane i każda złotówka posłuży rozwojowi naszej Córeczki, a o postępach będę informować na bieżąco!

Na razie mamy bardzo trudne ćwiczenia, Ania ciężko pracuje, musimy też ostro ćwiczyć w domu. Mała  strasznie płacze i serce się kraje. Jest bardzo, bardzo ciężko, ale wiem, że to dla Jej dobra.

wtorek, 29 stycznia 2013

Fundacje, fundacje i rehabilitacje

Jest nieźle, choć jeszcze w poniedziałek było całkiem do bani. Ania miała gorszy dzień, chwiała się na wszystkie strony, a we mnie ruszyły pokłady strachu i czarnowidztwa, więc powrót Taty zaczął się strugami łez. Na szczęście skutecznie mnie pocieszył, więc początek tygodnia powitałam w lepszym stanie. 
Na Vojcie wczoraj ciężko i czeka nas niezła przeprawa. Ania płakała w niebogłosy, serce się krajało w plasterki :( Trudno, trzeba ćwiczyć. 
Dziś moment przerwy z powodu wizyty u alergologa. Na szczęście obyło się bez problemów, dostałyśmy zaświadczenie o konieczności podawania mleka bez laktozy i mamy kilka miesięcy spokoju. 
Ciekawie się porobiło z fundacją, z którą byłyśmy na turnusie. Już wtedy, w trakcie, kilka razy mi zapiszczała intuicja, ale zdusiłam ten głos, bo wiele rzeczy mi tam pomogło. Mija jednak prawie trzeci miesiąc i... Nie podoba mi się wiele spraw. Nadal nie dostaliśmy obiecanych płyt z nagraniami, szczególnie konsultacji i masaży z Karimą. Opublikowano kalendarze z wizerunkami naszych dzieci i kazano sobie zapłacić, nie ma nawet po jednym darmowym dla rodziców.  Zapytano ile zamawiamy dla znajomych i rodziny. Dostajemy maile z informacjami o postępach w propagowaniu idei fundacji, m.in. artykuły z gazet i w jednym odkryłam przekłamania dotyczące Ani. Niby nic, "drobne" nieścisłości, ale zwiększające zasługi fundacji. Taka pomyłeczka na korzyść. Poczułam się "użyta". Trzy tygodnie temu dostaliśmy mailem prośby o napisanie apeli o swoich dzieciach i podanie adresów firm ze swoich okolic, żeby fundacja mogła zebrać środki na turnusy, natomiast nic o samych turnusach, terminach, miejscu, zabiegach. Nie odpisałam najpierw z braku czasu i ogólnego stanu (trafili w mój dołek), a później pomyślałam na trzeźwo i jakoś mnie otrzepało, postanowiłam poczekać co dalej. Wczoraj dostałam maila z terminem i miejscem. Weszłam na stronę ośrodka i okazało się, że organizują turnusy, na które każdy może się zapisać. Różnica w cenie pomiędzy ofertą ośrodka, a kwotą podana przez fundację wynosi... 4,5 tys. złotych! Jestem ciekawa, co ma być dodatkowo ze strony pracowników fundacji, ale pewnie to samo co poprzednio, a my mamy aparat do oczyszczania organizmu i przeszkolenie w masażu twarzy, a za 4,5 tys. mogę sama sobie kupić gongi do kąpieli w dźwiękach i mieć je na zawsze, hehe... Bardzo mi świeci czerwone światełko... Jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą, nie będziemy w tym brali udziału. 

Natomiast przyszła informacja, że najdalej w poniedziałek będziemy mieć subkonto dla Ani!!! W dobrej, rzetelnej fundacji. Bardzo się cieszę!

Udało mi się także dodzwonić do dwóch ośrodków rehabilitacyjnych, jeden bardzo renomowany i oblegany, drugi również polecany przez wiele osób. I w jednym i w drugim znajdą sie miejsca jeszcze wiosną! Szczególnie w tym renomowanym to jest szok, zazwyczaj czeka się bardzo długo. Miałam szczęście :) Zarezerwowałam terminy, odbędziemy z Mężem naradę i zobaczymy jakie będą postanowienia. Koszty straszne - 4700 i 5000 zł. Ale nie 7500!

sobota, 26 stycznia 2013

Jest nieźle

Mieszkanko posprzątane, synowie u taty, a ja zrobiłam sobie pyszny kaiser schmarren. Mniam! W zapasie mam jeszcze żurek. Owocki i zupkę dla Ani też miałam, więc lajcik na całego :) Dzięcioł, odpukać, od rana odpuścił. Może zacząć w każdej chwili, więc za bardzo się nie cieszę, ale te kilka godzin to ulga dla uszu. Niunia za chwilę się obudzi i będziemy robić same fajne rzeczy. Miły dzionek.
A Połówek jeździ zawzięcie. Wczoraj poszli na stok, dzwonił ok. 17-stej, że wrócili i chyba się zdrzemnie. Następnie zadzwonił po 22-giej z informacją, że właśnie wstał... Niezłe musiał mieć deficyty, zazwyczaj nie sypia w dzień, a jeśli już to z godzinkę. Sam był w szoku. Dziś zerwali się z rana, po ósmej już byli na nartach i jeżdżą do chwili obecnej. Desperaci! :))
Dobrze, że jutro wraca. Źle mi się dzisiaj spało - łóżko za duże, za zimne i puste. Nie lubię tak... 

piątek, 25 stycznia 2013

"Samotny" weekend

Nie całkiem samotny oczywiście, bez Mężo-Taty, który w poniedziałek po pracy z lekkim smutkiem wydusił: "Chłopki jadą w piątek do Wisły..." Czyli kumple z pracy zorganizowali się na narty. Powiedziałam żeby też pojechał. Z Bieszczad nic nie wyszło, nie wiadomo co z jakimkolwiek innym wyjazdem (raczej "nico"), w efekcie może w tym roku w ogóle nie przypiąć desek. I tak ma mało ruchu, a bardzo go potrzebuje, za nartami tęskni cały rok, zestresowany jest ostatnio na maksa, więc niech ma choć trochę oddechu i relaksu. Kocha nas, tęskni i nas potrzebuje, ale potrzebuje też spotkań w męskim gronie, a jest ich całkowicie pozbawiony. W zeszłym roku pojechali gdy Ania była jeszcze w szpitalu. Wziął moją Córkę, a koledzy swoje dzieci. W tym roku jedzie tylko "starszyzna" - córka kolegi wyszła za mąż, moja siedzi w Łodzi i ma egzaminy, syn kolejnego kumpla dorósł i ma w nosie wypady ze zgredami, więc jadą sami. Pewnie po nartach kropną sobie kielicha albo dwa, niech im będzie na zdrowie. Wiem, że mój Mąż potrzebuje tego wyjazdu, ja sobie dam radę, a małżeństwo to nie areszt domowy.
Wtorkowa noc odsunęła te plany, ale wczoraj już było wiadomo, że u Ani nic się nie rozwija. Może to znowu zęby, a może coś innego, ale nie ma dramatu. Mnie też się polepszyło, więc narciarz dostał zielone światło i pewnie za godzinę z hakiem będzie na miejscu, chłopaki przyjechali po niego przed siódmą. Na razie nie jest mi smutno, bo do póżnego popołudnia i tak pracuje i jestem sama, pewnie wieczorem przyjdą małe tęsknotki. Jutro większe, a pojutrze już wróci, więc da się przeżyć. Nie lubimy się rozstawać i rzadko tak się dzieje, pusto wtedy jakoś i tęskno, ale od każdej reguły są wyjątki.

A ja mam dzisiaj wolne! Nigdzie nie jadę ani nie idę, po raz pierwszy od trzech tygodni. Razem z Anią mamy dziś lajcik :) Rano się spokojnie poprzytulałyśmy, ze świadomością, że nie trzeba za chwilę nigdzie gnać. Miłe uczucie. Wykorzystam ten podwójnie wolny weekend na fajne rzeczy. Ugotuję żurek na białej kiełbasce, a Małej rosołek. Poczytam książkę, którą dostałam na Gwiazdkę. Ufarbuję włosy. Zrobię dwa wisiorki i anioła. Zintegruję się z moim buntowniczym nastolatkiem, a z obydwoma pogram w niedzielę w kości. Sobota jest dla byłego męża, więc mam całkowity luz, nie będę gotować, tylko może się zdrzemnę pod kocykiem razem z Anią. Wieczorem wezmę dłuuuuugą kąpiel w pachnącej pianie, z plotkarską gazetką w dłoni i maseczką na twarzy. Zapowiada się przyjemny czas, który na pewno mi niestety zaburzy zaścienny Dzięcioł, ale cóż... Postaram się za bardzo nie zdenerwować.

Wczoraj kupiłam Anuli krzesełko. Po rozważeniu "za" i "przeciw" byłam coraz bardziej skłonna zrobić ten zakup. Mała siedzi coraz sztywniej. W leżaczku karmię Ją półleżąco, a to już nie jest dobre, powinna łykać siedząc. Na kolanie siłą rzeczy się przekrzywiamy, obie. Zdrowiej będzie Ją posadzić na wprost. Musi też ćwiczyć siedzenie, po trochu, ale jednak, bo leżąc się koordynacji w ciele nie nauczy. Może zacznie też upuszczać zabawki? Na pewno będzie mogła manipulować nimi na blaciku, co też Ją rozwija. Takie miałam poczucie i przemyślania gdy wczoraj wracałam od fryzjera i zajrzałam do komisu dziecięcego, w którym kilka razy już kupiłam fajne rzeczy, a nawet coś tam sprzedałam po Ani. Weszłam i od razu zobaczyłam super krzesełko. Bardzo dobrze wyprofilowane, stabilne, a do tego w idealnym stanie i bardzo ładne. Długo się nie zastanawiałam. Mąż był zaskoczony zakupem, ale gdy zobaczył Anię w tym sprzęcie uznał, że podjęłam dobrą decyzję. Zatem moja mała Księżniczka ma piękny tron, a ja się cieszę, że tak fajnie sobie w nim radzi.

Na balkon znów przyleciały sikorki. Śnieg przysypał im tackę z ziarnem, musiałam odkopać biedulom dostęp. W przyszłym roku trzeba pomyśleć o porządnym karmniku. 

środa, 23 stycznia 2013

Pobudka

Oj oj! Nie podoba mi się to... Ania zerwała się z płaczem o trzeciej w nocy, rozpalona jak piecyk. Obawiam się, że rozwija się jakieś choróbsko. Rano było już dobrze, chociaż ma trochę rozwolnienia, poza tym pogodna i radosna. Poczekam jeden dzień co z tego wyniknie...
Wczoraj doszły kolejne dokumenty do podpisania dla Fundacji, Mąż odeśle je dziś kurierem i czekamy na utworzenie subkonta. Trochę to trwa, ale rozumiem, że muszą mieć procedury żeby wszystko było w porządku. Mam nadzieję, że do początków lutego będziemy mieli konto... Tyle osób chce pomóc Ani,a nie będą przecież czekać bez końca :(

Wczoraj pani doktor też zauważyła poprawę po turnusie. Od poniedziałku mamy kolejny maraton i na tym na pewno nie koniec. Najważniejsze, że jest lepiej! Dostałam fajne ćwiczenia-zabawy od pani psycholog, trzy wprowadzę jak najszybciej bo aż mnie skręca z ciekawości co Ania zrobi. Reszta sukcesywnie.

Głowa mnie boli. Buuu... Może to przez zarwaną nockę, a może i mnie coś bierze. Zobaczymy.

niedziela, 20 stycznia 2013

Zorro

Czasem, nie wiadomo dlaczego, przychodzą do mnie różne wspomnienia. Ni z gruszki, ni z pietruszki. Teraz przypomniało mi się jak Mąż na początku naszej znajomości zabrał mnie do meksykańskiej restauracji. Fajne to były czasy. On od kilku miesięcy wynajmował małe mieszkanko w starym wojskowym bloku, wraz z dwoma innymi budynkami wciśniętym na wąskiej działce między rząd kamienic a kościół garnizonowy. (Parkowanie tam to była dopiero zabawa...) Ja po rozwodzie, dzieci minimum co drugi weekend były u swojego taty. Dzięki temu mogliśmy się poczuć jak małolaci u progu życia, chodzić na randki, od czasu do czasu spędzić razem wieczór i noc. Naprawdę czułam się jakbym miała 20 lat i było to tym fajniejsze, że kilkanaście lat wcześniej tak w moim życiu nie było. Umknął mi fantastyczny etap, a później los mi go oddał. Cudnie było!
I właśnie na jedną z randek Mąż zabrał mnie do meksykańskiej knajpki. Nie protestowałam, choć w głębi duszy ten wybór średnio mi pasował, ponieważ nie lubię pikantnego jedzenia, fasoli w dziwnych sosach i innych tego typu wynalazków. Jedyną pasującą mi "potrawą" tego kraju jest tequila :) 
Restauracja była dwupoziomowa, po wejściu okazało się, że mamy zarezerwowany stolik na piętrze. Kelner przyjął zamówienie . Jedzenie było całkiem dobre, atmosfera niezwykle miła, a my cały czas o czymś rozmawialiśmy, choć chwilami wydawało mi się, że mój partner jest lekko rozkojarzony. Nagle w dolnej sali rozległy się jakieś strzały, a wraz z nimi tupot, który po schodach przesuwał się do góry. Wszyscy odwrócili głowy. Na szczycie schodów ukazał się Zorro, w masce i płaszczu, jak należy, w wyciągniętej dłoni miał talerz z płonącym ciastem, a w drugiej ręce pistolet i czerwoną różę. Zorro runął w naszym kierunku, postawił przede mną ciasto, ukląkł i wręczył mi różę, po czym wygalopował z sali schodami na dół, a ja siedziałam zbaraniała jeszcze dłuższą chwilę. Dopiero gdy spojrzałam na G. dotarło do mnie, że nie było żadnej pomyłki... Wrażenia nie do opisania i przyznam, że niemały udział w nich wzięły spojrzenia pań z sąsiednich stolików na swoich partnerów:"Ale fajny facet, ale jej zrobił niespodziankę!Szkoda, że mi nie zamówiłeś takiego Zorro." I spojrzenia tych panów:"Cholera, pojęcia nie miałem, że tu takie cyrki robią. Trzeba będzie przyjść jeszcze raz i zamówić tego pajaca, bo mi moja do końca życia nie daruje..." Natomiast my się czuliśmy obydwoje po królewsku, chociaż ciastko było do bani. A rozkojarzenie brało się stąd, że Mąż nie był pewien kiedy ten Zorro przyleci, jak to w ogóle wyjdzie i co ja na to, hihihi.
I co to człowiekowi po głowie chodzi i się przypomina wczesną nocą? Niezbadane są meandry otwierania się klapek w mózgu ;)

Dzięcioł

Jesteśmy coraz bliżej obrotu na brzuszek. Nie wiadomo ile jeszcze potrwa to "bliżej", ale widać postęp z każdym dniem. Może wreszcie doczekam stada jeżyków...
Na razie za to zalągł się dzięcioł. Półtora miesiąca temu rozpoczął kucie, jak się zorientowaliśmy - w łazience i do tej pory nie skończył. Szału można dostać... Szesnasta z groszami, Ani się oczki kleją, a ten nagle "stuk stuk", a potem, co gorsza, wiertarka. Początkowo jakoś tą wiertarkę znosiła, choć o spaniu nie było mowy, teraz jest jeden wielki krzyk. Przerażona patrzy skąd dobiega ten dźwięk i płacze w niebogłosy. W sobotę dzięcioł rozwija się już od rana i z różnym nasileniem wali do popołudnia albo wieczora. A dziś postanowił sobie postukać w niedzielę. Jednego dnia nie można w spokoju przeżyć we własnym domu! Na dokładkę po godzinie zaczął wiercić. Myślałam, że wyjdę z siebie i ubiję gada. Niestety nawet nie jesteśmy pewni który to, bo w wielkim bloku niesie po pionach i typowań jest kilka. Stukałam w rury, nie tylko ja zresztą, ale sobie nic z tego nie robił. Przestał koło południa i dopiero Ania usnęła, umęczona. Jeden sen dziecku zabrał, bandyta.
Kurczę, to był taki fajny, spokojny blok... Mili ludzie, sympatyczni sąsiedzi w klatce, spokojne osiedle, a teraz nie da się tu mieszkać i marzę by stał się cud i bym mogła się stąd wynieść byle dalej. Wiele osób wybudowało domy i wyprowadziło się, a na ich miejsce przyszli rozmaici ludzie, od sensownych po dziadostwo, które nie liczy się z nikim i z niczym.  W nocy na placu zabaw młodzież urządza imprezy albo siedzą na ławce pod klatką i bluzgają najgorszym mięsem na pełen regulator. I nic nie powiesz, bo możesz od razu zamawiać lakiernika do samochodu... Żyć się odechciewa. Boże, jak ja bym chciała się stąd wyprowadzić!